sobota, 23 czerwca 2012

4

Po jeździe byłam wykończona. Jak galopowaliśmy, myślałam, że normalnie zdechnę - wywaliłam się w błoto. Cóż miałam zrobić, pojawiło się nagle. Erik po kolacji obiecał mi niespodziankę, ale nie wiem, co to będzie. Tanya z Aleksem już się zaczęli przytulać, ja rąbię. Szybcy są. Aneta mnie zaczyna denerwować... Coś chyba ukrywa. Podbiera mi kosmetyki, nawet się nie pyta, bierze moje ciuchy, co to jest! Ja nie wiem, jak z nią wytrzymam.
- Hej, Aneta! Weź już ogarnij, to moje bryczesy! - Nie, chyba z nią jednak nie wytrzymam.
- Oj, Lizabette... Pożycz... Proszę...
- Nie. Masz swoje, poza tym już jedne mi ubrudziłaś. - Mam trzy pary, jak tak dalej pójdzie, to już wszystkie będą brudne. - Daj mi je.
- Że what? No chyba nie. Przestań, nie pobrudzę. - No kur..., ja już nie wyrobię! Dorwałam ją i zaczęłam się z nią szarpać, kiedy do pokoju wszedł Erik.
- Ej, co jest! Dziewczyny! - Rozdzielił nas, kiedy już prawie zabrałam jej te spodnie. - To już trzecia sprzeczka dzisiaj.
- Sorry wielkie, Liz...Masz te spodnie. - I znowu podbiegła do tej swojej walizki, znowu coś szpera. Jakieś pudełeczko wyciągnęła i poszła do łazienki.
- Odbiło ci? Przecież zachowałaś się jak jakiś mały bachor! - Erik miał do mnie pretensje, jak ona sama zaczęła...
- No ale zobacz, cały czas mi zabiera ciuchy, plami, używa moich kosmetyków, jakby swoich nie miała! - Odłożyłam spodnie i wyszliśmy. Wolałam kontynuować rozmowę na schodach pod domem.
- Liz, daj już jej spokój. Jak bierze, to ją ignoruj, może chodzi jej właśnie o to, by ciebie wkurzyć.
- Może i tak, ale... Czy wiesz może, co to za pudełeczko ona zawsze do toalety nosi? Zawsze. Jest za małe, żeby się tam zmieściły jakieś rzeczy w stylu błyszczyka czy tuszu do rzęs, a jednocześnie jest za duże na biżuterię, bo na tydzień obozu nie bierze się przecież całego kuferka. I czasem jak jej upadnie, to słychać, że w środku jest coś sypkiego...
- Może ma tam puder? - Erik ma siostrę o rok od niego starszą, to trochę jest ogarnięty w temacie.
- Puder? Ale te pudełko jest kwadratowe i pisze na nim "Nie dotykać", więc czemu ma niby tam być puder?
- Łał, skoro widziałaś, co na nim pisze, to czemu tam nie zajrzałaś? - Erik niedowierzał, że takie farmazony gadam.
- Emanuje od tego jakaś ciężka magia. Jak tylko dotknęłam pudełka, to mnie prąd przeszedł. I później paliły mnie palce.
- Sprawa jest podejrzana. Musimy to rozgryźć. - Nareszcie, może mi pomoże.
***
Jakieś dwie godziny później panie powiedziały, że można wziąć sobie kucyka Lorenzę i sobie na niej pojeździć na oklep na ujeżdżalni, panie sobie kawkę wypiją, zerkną... Aj, dobra rzecz - Aneta tam idzie. Zawołałam Erika, Tanya i Aleks poszli, zostaliśmy sami.
- Na pewno tam jest?
- Tak, przestań, mówiłam ci, że mamy wolną chatę. Dobra, gdzie ona to ma... - Zaczęłam grzebać. - Aaa! Ja pierdzielę, ale boli! Masz to, by nie wyrobię! To pudełko ma chyba od szatana!
- No, rzeczywiście pali. Uwaga, otwieram. - Nachyliłam się nad nim, nie mogłam się doczekać tej chwili, gdy zobaczę tajemniczą zawartość tego różowego sześcianiku.
- Nie wierzę! Co to? - zdziwiłam się na maksa.
- To narkotyk. Na pewno. To zabija istoty magiczne, dlatego pali, o kurde.
No, mało powiedziane, "o kurde".

piątek, 8 czerwca 2012

3

Właśnie wchodziłam do stajni, mało co nie zostałam staranowana przez galopującą Antygonę. Ale... nie ma na niej jeźdźca! Muszę ją jakoś zatrzymać... Pobiegłam za nią. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale wdrapałam się jakoś na jej grzbiet i udało mi się ją zatrzymać. Nie wiem, naprawdę mnie wiem, jak mi się to udało.
- No kurde, kto tak zrobił! Toż ona wodze porwała! Zastrzelę, powtarzam: zastrzelę! - Pani Roxanne nieźle się wkurzyła. - Liz, co jest? Jak ty ją zatrzymałaś, dziecko, nic ci nie jest?
- Nie wiem, jak mi się to udało... Wszystko w porządku... Uff...
- Dziękuję ci z całego serca! Ale nie wiesz, kto był wtedy za nią odpowiedzialny?
- Nie wiem, właśnie wchodziłam... O jejku. Eee, proszę pani, a na jakim koniu będę jeździć?
- Chyba na Senniku, nie pamiętam, idź spytaj panią Liliannę, jest w stajni. I zaprowadź koniecznie ją do boksu, załóż kantar... Jeszcze nie osiodłana, rany.
Gdy wszystko zrobiłam, co mi kazała, Erik akurat wychodził z Kwadrą.
- Widziałaś, co zrobiła Aneta? Spierdzieliła ze stajni, bo jej Antygona zwiała! Rozumiesz?
- To Aneta była? Jeny, Antygona prawie mnie rozdeptała! Zatrzymałam ją, czaisz? Bo ja nie...
- Czaję. Bo konie są oczarowane. Nie wiem jak, ale nie uciekną dalej niż do bramy.
- A skąd o tym wiesz?
I wtedy wszystko się wyjaśniło, oprócz tych głupich imion. Powiedział, że sprawdzał, czy konie są oczarowane. Emanuje od nich magia. Jest zaklęcie pozwalające sprawdzić, kto je zaczarował. Ale próbował i nic nie wyszło. Słaby punkt.
- To może być od Roxanne?
- Nie wiem, to jest całkiem możliwe. Ale naprawdę nie wiem.
Na przejażdżce pogadaliśmy sobie, troszkę tylko, ale głównie szyframi. Tanya znowu z Aleksem... Chyba parą będą, bo coś iskrzy. Ale to mnie w tej chwili najmniej interesuje. Bo najbardziej właśnie te nasze imiona. Zapytałam się Erika, chciałam wiedzieć, on potrafi powiedzieć po ludzku, a nie jak Tanya - w jej języku nasyconym neologizmami i niekiedy przekleństwami w języku angielskim.
- Z tymi imionami to tak... Bo jak masz, w naszym przypadku, Polskę, to imiona czarodziejek i czarodziejów są w języku angielskim. Jest taka zasada. W Niemczech chyba we włoskim, a ciekawostką jest, że w samych Stanach Zjednoczonych są w języku polskim. We Włoszech po niemiecku. Taka zamiana, stosuje się to już od jakichś 100 lat, czy tam 89... Nie mam pamięci do liczb.
- Aha... -  musiałam coś odpowiedzieć, bo szczęka opada...

czwartek, 7 czerwca 2012

2

Właśnie wrócili. Słychać było tupanie na schodach, to Tanya.
- No hej, co jest? - zagadała, bo wciąż nie wiedziała, o co chodzi.
- Bo wiesz... - ściszyłam głos. - Jest sprawa... Erik, no chodź! - Tamten znowu "poza obrębem"... - Jest babka taka, Roxanne, nie? Ta opiekunka czy kto tam. To ona ma obco brzmiące imię, a jak ona coś ma z... magią?
- Możliwe. - Dołączył się do rozmowy. - Ale to już naprawdę byłby zbieg okoliczności. Bo już jesteśmy my, wcześniej Alyssa i Keisha, i Lenore... Same z drugiego wymiaru, nie?
- Jak to z drugiego wymiaru? Nie czaję... Weź mi wszystko wytłumacz, te dziwne imiona, te wymiary, te skrzydła... Ja niczego nie ogarniam.
- Skrzydła, ekhem... - Tanya odkaszlnęła znacząco. - Liz, wiesz co ci mówiłam, to nie chwal się...
- Masz skrzydła? - Erik spojrzał na mnie, jakby ducha zobaczył.
- What? No co ty. Ona nie ma żadnych skrzydeł. Ja tylko żartuję. - Zaśmiała się dość sztucznie, i poszła.
Erik zamknął drzwi na klucz, a dalej myślał, coraz intensywniej, aż w końcu złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie tak mocno, że myślałam, że mnie zgniecie. Na podwórku chyba szaleli, bo darli się i śmiali. Aleks i Aneta? Nie rozumiem.
- Masz je, ale nie chcesz powiedzieć.
 I w tym momencie tak się na mnie spojrzał, że stanął mi przed oczami ten obraz, z tamtego snu, i ten blondyn...  I tamto wydarzenie nad rzeką... I on w tej chwili łudząco go przypominał... Boże, a jeśli on jest niebezpieczny? A zaręczyn się nie da wycofać... Zaczynam się go bać? Eee, to jakaś paranoja.
- Nie mam... - ścisnął mnie jeszcze bardziej.
- Masz... Powiedz... - Jego ręka przesunęła się nieco wyżej, na moje plecy.
- Nie mam, no... Przecież mówię...
- Ściemnasz, powiedz mi... - Dalej naciskał, a jego ręka przesunęła się jeszcze wyżej, że już prawie wyczuwała koniuszek skrzydła pod moją kraciastą koszulą, którą ostatnio ciągle noszę, by zakryć pióra wystające poza bluzkę...
- Masz je. Ale nawet swojemu narzeczonemu nie chcesz powiedzieć. Odwróć się.
Puścił mnie, już chciałam uciekać, ale przecież on jest moim narzeczonym... Najbliższą mi osobą tutaj... Drzwi były zamknięte na klucz... Posłuchałam się. Zdjęłam koszulę i jego oczom ukazały się srebrzystoszare skrzydła. Ale co ja zrobiłam?
- Widzisz... - Wtulił się we mnie, ja w niego, i staliśmy tak, jak jakaś rzeźba, jak jedna osoba... A dalej, co było, nie pamiętam. Obudziłam się dopiero, kiedy Tanya zaczęła mnie lekko uderzać po policzku. Co się stało?
- Ostrzegałam cię. Pióra ci odpadają. Co ty z tym Erikiem wyprawiałaś?
Wystraszyłam się nie na żarty. Co to ma być?! Że ja w ciąży? Z Erikiem?!
- Co? Co...? Co ty gadasz? Nie ogarniam? Że ja w ciąży, co? - chyba znowu przysnęłam.
- Liz, ogarnij się... Żartuję. Zaczarowałam cię, bo oszalałaś, zaczęłaś go całować, kurde, nie wiem... Coś mi tam mówił. Ale Erik jest rozsądny. On ci krzywdy nie zrobi za skrzydła.
- No ale, do cholery, co to za paranoja z tymi skrzydłami?! No weź mi to wyjaśnij, bo już tydzień się nad tym głowię!
Wszedł Erik, najwyraźniej wszystko słysząc. Odezwał się do mnie:
- Po prostu skrzydła czarodziejek dla chłopaków są tak nęcące, że często nie można się opanować. To taki wabik. - Powiedział to prosto z mostu, a Tanya zrobiła się czerwona. Nie wiedziałam, że to temat tabu. Głupio mi się zrobiło, to wyszłam do stajni, bo co innego mogłam zrobić...

niedziela, 3 czerwca 2012

1

- Lizabette. Och, Lizabette! Tyś moim słońcem, ach...! - Tanya znów się wydurnia...
- Tanya, ogarnij się! Powtarzasz to już czwarty raz dzisiaj!
- No co, nie mogę? - zapytała. Do pokoju weszła pani Roxanne.
- Hej dziewczyny, gdzie jest Erik? Mamy dwie nowe osoby na obozie. - Zza drzwi wyszła czarnowłosa dziewczyna i wysoki chłopak. Nawet przystojny. Oczy Tanyi się zaświeciły. - Przywitajcie się, my już się poznaliśmy, ja muszę was na razie pożegnać. Pa! - Wyszła.
Dziewczyna ma na imię Aneta, a chłopak Aleksander. Aneta nie grzeszy urodą, ale ma strasznie ładne oczy! Niebieskie. Aha, Tanya już zaczyna...
- Hej Aleks, mogę tak do ciebie mówić, nie? Oprowadzę cię po ośrodku, pokażę ci wszystko! - I już ich nie ma.
- Aneta, skąd jesteś? - Zagadałam do nieco nieśmiałej dziewczyny.
- Eee... Ze Śląska...
- Łał, to daleko. - Do rozmowy dołączył się Erik.
- Czy mogę spytać, jesteście obcokrajowcami?
- Coś w tym sensie. - Mrugnął do mnie. Chyba już rozumiem. - Mamy amerykańskie korzenie. Ale jak najbardziej, jesteśmy z Polski. Tanya też.
- Aha, a jesteście rodziną? - otworzyła się wreszcie... Ciekawe, czy jest tak samo gadatliwa jak Tanya.
- Nie. Chodź, pokażemy ci stajnię.
***
- No, a masz dziewczynę? - Tanya zalotnie spojrzała na Aleksandra, przechadzali się akurat drogą w kierunku jeziora.
- Aktualnie nie... A ty masz chłopaka?
- Też na razie nie... - uśmiechnęła się. - Dzisiaj ma być jazda w terenie, pojedziesz przede mną?
- Jasne.
Dalej rozmawiali, aż nagle zadzwonił telefon Tanyi, z bardziej "ludzkim dzwonkiem".
- Halo?
- Hej Tanya, przyjdźcie już, niedługo jazda w terenie będzie, przyjdź do mnie do pokoju, mamy z Erikiem małą naradę... - To ja do niej zadzwoniłam.
- Ok ziomenko, ale musisz troszkę poczekać, no hej. - Rozłączyła się.

Prolog

     Zaczyna się drugi tydzień obozu jeździeckiego. Czyli drugi turnus. Dzisiaj pojechały Alyssa i Keisha. Zostaliśmy we trójkę, ja, Erik i Tanya... Jeżeli przyjadą do nas "normalni", to jak ukryjemy naszą prawdę? Będzie ciężko... Po zaręczynach z Erikiem dowiedziałam się, że są to zaręczyny magiczne, to znaczy, że nie ma tu ślubu ani rozwodu, czy czegoś w tym sensie. Ale ja go kocham, więc nie powinnam narzekać, nie?Za cztery dni moje urodziny. 28 lipca. Ale czy będę ten dzień obchodzić tu, w tym urodziwym miasteczku na Mazurach, czy w domu...
W tej chwili, co mnie jeszcze zastanawia, a jest to rzecz, o której powinnam już wiedzieć, to imię moje, Erika, Tanyi, Alyssy, Keishy... i pani Roxanne? Są takie... niepolskie. Nie rozumiem tego, tym bardziej, że jest tu instruktorka o obco brzmiącym imieniu. Może mamy ze sobą coś wspólnego, ale... A jeśli ona też jest czarodziejką?