Wyjechaliśmy koło siódmej trzydzieści. I zaczęło się piekło. Stępowaliśmy, jechałam w środku. Nagle koń stanął mi dęba i spadłam. Przez Lenore - wystraszyła mi konia. Kilkanaście minut później wibrował mi telefon. Pisało tam 'Nieznany". Pomyślałam, że to na pewno nie jest ważne, więc nie odbierałam. Jednak dzwonił bardzo długo, więc zatrzymaliśmy się i odebrałam. I usłyszałam tylko to:
Zginiesz dziś w nocy.
Spojrzałam się na Tanyę z przerażeniem. Przekazałam jej magią wiadomośc. Podjechała bliżej do mnie i zapytała cicho:
- Żartujesz? - była bardzo zdziwiona.
- Nie żartuję... Boję się... - Lenore powraca? Niemożliwe.
- Nie możemy tego zlekceważyc. Będziemy nad tobą czuwac, nic ci się nie stanie. - Podjechała do Erika i powiedziała o tym mu.
- Ruszamy? No ludzie... - panie się niecierpliwiły.
- Możemy już jechac. - powiedziałam.
Ustawiliśmy się w tej samej kolejności. To dobrze, że przede mną była Tanya, za mną Erik. Byli blisko, w razie gdyby coś się stało. Próbowałam się skupic na drodze, ale z trudem mi to szło. Nagle usłyszałam w głowie szum, taki dziwny... i te same słowa, co powiedziała Lenore przez telefon. Poczułam, jak drży mi ręka, tak jakby "miała" drgawki. Potem zaczęła mnie piec, że aż musiałam kierowac jedną ręką.
Ból był nie do zniesienia. Starałam się jakoś to zlekcewazyc, ale nie dałam rady. Kiedy mieliśmy postój i zsiedliśmy z koni, myślałam, że to może coś w stylu skurczu, rozmasowywałam ją, ale zaczęła piec mnie druga ręka! Podeszłam do Erika i Tanyi.
- Bolą mnie dziwnie ręce... - Wyprostowałam je, by sprawdzic, czy drżą. Drżały chyba bardziej niż u osoby z Parkinsonem! Zrobiło mi się słabo, usiadłam na trawie. Znowu ten szum, znowu te słowa...
Sytuacja powtarzała się ciągle, na całym rajdzie. Koło czternastej pojechaliśmy na obiad do naszej stadniny. Konie odpoczęły godzinę, niedługo potem znów ruszyliśmy dalej, tyle że na oklep. Jechaliśmy przez rzeczkę, woda sięgała nam do łydek. Stanęliśmy na chwilę, konie chciały się napic. Spojrzałam się wtedy na wodę przy mnie. Byłą tam fioletowa plama... Podniosłam nogę z tamtego miejsca...
- Lizabette! Spójrz na swoją stopę! - powiedziała do mnie Aneta.
Na stopie, tam gdzie biegnie żyła, wiecie... tam była linia, intensywnie fioletowa i wypływała z niej ciecz o takim samym kolorze.
***
-Lizabette ? - powiedział Erik
- Yhm, tak .. ? - miałam przywidzenie z tą plamą. Ciągle się boję, że coś się ze mną stanie tej nocy...
- Wszystko w porządku? Wyglądasz na zdenerwowaną. - Erik się martwił.
- No niezbyt... Podjedź do mnie, coś ci powiem.
- Boisz się Lenore ? Będę przy tobie teraz ciągle, nic ci się nie stanie. - Uśmiechnął się, chociaż sam trochę się bał, z Lenore to nigdy nic nie wiadomo.
- Trochę... Dzięki. Kocham cię . - pocałowałam go.
Zginiesz dziś w nocy.
Spojrzałam się na Tanyę z przerażeniem. Przekazałam jej magią wiadomośc. Podjechała bliżej do mnie i zapytała cicho:
- Żartujesz? - była bardzo zdziwiona.
- Nie żartuję... Boję się... - Lenore powraca? Niemożliwe.
- Nie możemy tego zlekceważyc. Będziemy nad tobą czuwac, nic ci się nie stanie. - Podjechała do Erika i powiedziała o tym mu.
- Ruszamy? No ludzie... - panie się niecierpliwiły.
- Możemy już jechac. - powiedziałam.
Ustawiliśmy się w tej samej kolejności. To dobrze, że przede mną była Tanya, za mną Erik. Byli blisko, w razie gdyby coś się stało. Próbowałam się skupic na drodze, ale z trudem mi to szło. Nagle usłyszałam w głowie szum, taki dziwny... i te same słowa, co powiedziała Lenore przez telefon. Poczułam, jak drży mi ręka, tak jakby "miała" drgawki. Potem zaczęła mnie piec, że aż musiałam kierowac jedną ręką.
Ból był nie do zniesienia. Starałam się jakoś to zlekcewazyc, ale nie dałam rady. Kiedy mieliśmy postój i zsiedliśmy z koni, myślałam, że to może coś w stylu skurczu, rozmasowywałam ją, ale zaczęła piec mnie druga ręka! Podeszłam do Erika i Tanyi.
- Bolą mnie dziwnie ręce... - Wyprostowałam je, by sprawdzic, czy drżą. Drżały chyba bardziej niż u osoby z Parkinsonem! Zrobiło mi się słabo, usiadłam na trawie. Znowu ten szum, znowu te słowa...
Sytuacja powtarzała się ciągle, na całym rajdzie. Koło czternastej pojechaliśmy na obiad do naszej stadniny. Konie odpoczęły godzinę, niedługo potem znów ruszyliśmy dalej, tyle że na oklep. Jechaliśmy przez rzeczkę, woda sięgała nam do łydek. Stanęliśmy na chwilę, konie chciały się napic. Spojrzałam się wtedy na wodę przy mnie. Byłą tam fioletowa plama... Podniosłam nogę z tamtego miejsca...
- Lizabette! Spójrz na swoją stopę! - powiedziała do mnie Aneta.
Na stopie, tam gdzie biegnie żyła, wiecie... tam była linia, intensywnie fioletowa i wypływała z niej ciecz o takim samym kolorze.
***
-Lizabette ? - powiedział Erik
- Yhm, tak .. ? - miałam przywidzenie z tą plamą. Ciągle się boję, że coś się ze mną stanie tej nocy...
- Wszystko w porządku? Wyglądasz na zdenerwowaną. - Erik się martwił.
- No niezbyt... Podjedź do mnie, coś ci powiem.
- Boisz się Lenore ? Będę przy tobie teraz ciągle, nic ci się nie stanie. - Uśmiechnął się, chociaż sam trochę się bał, z Lenore to nigdy nic nie wiadomo.
- Trochę... Dzięki. Kocham cię . - pocałowałam go.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz